Czy dzień nauki ucznia kończy się wraz z dzwonkiem ogłaszającym koniec ostatniej lekcji? Czy dzwonek ogłasza raczej drugą rundę zajęć? Dzień pracy dla wielu uczniów kończy się wieczorem, albo w środku nocy. Najpierw sześć, siedem lekcji w szkole, potem przerwa na obiad i zaczyna się popołudniowy maraton: korki z angielskiego ? bo dzieci sąsiadów też chodzą i dodatkowa nauka języka jest trendy, korki z polskiego ? bo do matury przygotować się trzeba, z matematyki ? bo to przedmiot, z którego tylko nieliczni nie potrzebują pomocy, z biologii ? bo może na medycynę by się poszło, i z chemii ? bo też użyteczna w przypadku studiów medycznych. Zasiedziałemu dziecku trochę ruchu potrzeba. Wobec tego po korkach jeszcze tenis, pływanie, zumba, salsa, itp. Dobrzy rodzice powinni zadbać jeszcze o rozwój duchowy i artystyczny. Nie powinno czuć się gorsze w otoczeniu rówieśników. Trzeba zapisać latorośl na lekcje muzyki. Niech się nauczy grać na skrzypcach ? to tak malowniczo wygląda, na fortepianie ? babcia będzie zachwycona, na gitarze ? to takie modne, na wiolonczeli ? wszyscy będą mu zazdrościć, to rzadka umiejętność. Muzykowanie wszak uszlachetnia ducha i łagodzi obyczaje! Upragniony wolny wieczór zaczyna się przed północą. Nieraz niezupełnie wolny. Czasem jakieś wypracowanie trzeba napisać, lekturę przeczytać, zaznaczyć w niej odpowiednie fragmenty. To nie jest wielki problem, ale czasochłonny. Poszukanie w Internecie i przepisanie do zeszytu jaką godzinę zajmie, pod warunkiem, że młody człowiek w trakcie przeszukiwania użytecznych ,,naukowo? stron (ściąga, zgapa, wykop, bryk) nie zboczy na ulubiony fejsbuk. Jak się tak zdarzy ? noc z głowy i następny dzień szkolny będzie trudny kondycyjnie. A ile napojów energetycznych jest w stanie przyjąć młodociany organizm? Kiedy nadchodzi wreszcie upragniony weekend, trzeba się maksymalnie wyluzować, zrelaksować i nabrać siły na kolejne pięć dni roboczych. Weekendowa gorączka imprezowa zaczyna się w piątkowe popołudnie, a kończy w niedzielny ranek. Nasuwa się wobec tego pytanie: posyłać dzieci na korepetycje, czy nie? Czy to nie jest zbyteczne zamęczanie dzieciaka i marnowanie pieniędzy? A może takie alibi potrzebne jest rodzicom, że zrobili wszystko, co możliwe, by pomóc w osiągnięciu życiowego sukcesu? Korzystanie z korepetycji ma uzasadnienie tylko w dwóch przypadkach: jeśli jest niedomiar, albo kiedy potrzebny jest nadmiar i pod warunkiem, że w pełni wykorzystana została oferta szkoły! Nie ma sensu korzystanie z usług korepetytora, jeśli dzieciak w szkole sobie bimba, nie uważa, nie zależy mu. Wiele braków w ten sposób powstaje właśnie, wtedy rzeczywiście wiedza nabywana za gotówkę może okazać się bardziej przyswajalna. Natomiast są uzasadnione dodatkowe lekcje dla maturzysty, który już wybrał wymarzony kierunek studiów, zależy mu na usprawnieniu umiejętności i ich poszerzeniu. No właśnie: płaćmy za nabywanie umiejętności, a nie wiedzy. Wiedzę znajdzie uczeń w podręczniku, pod warunkiem, że do niego sumiennie przysiądzie. A co z dodatkowymi zajęciami sportowymi i artystycznymi? Proponuję zacząć od sprawdzenia predyspozycji i zamiłowań dziecka. Nie warto płacić za lekcje fortepianu, jeśli delikwent ma drewniane uszy (a wolno mu takie mieć, to wcale nie jest wadą) i instrument omija szerokim łukiem. Niech sam wybierze, co chce robić! A jeśli nic nie chce, to po prostu dajmy mu święty spokój!